blue flower

Biuro Parafialne

64-530 Kaźmierz ul. Kościelna 4 czynne;
Wt, Czw, Sob, godz. 9.00-11.00; Czw. godz. 16.00-17.30

tel.  +48 61 29 18 296

Super User

Chciałbym przedstawić dzisiaj postać Urszulanki SJK siostry Janiny Maćkowiak. Dziesięć lat temu w obecności śp. ks. Proboszcza Lucjana Rondudy społeczeństwo naszej parafii pożegnało Ją dziękując jednocześnie za pracę na rzecz Sokolnik Wielkich i okolicznych wsi. Kilka razy miałem okazję i ja rozmawiać osobiście z siostrą i jednocześnie próbowałem nakłonić Ją do podzielenia się swymi wspomnieniami. Zrazu niechętnie jednak w tym roku latem zgodziła się i spisała swe wspomnienia by podzielić się nimi z czytelnikami naszej parafialnej strony.

Przytaczane fakty zawierają wiele elementów z życia samej s. Janiny, ale także opisują niejedno wydarzenie, jakie miało miejsce na terenie naszej parafii. Drogi naszej bohaterki wytyczone przez Opatrzność Bożą tak zostały pokierowane, że oprócz wielu wyzwań duchowych, jakie osobiście przeżywała pozostawiła również materialny ślad swej bytności tutaj na Kaźmierskiej ziemi. Za tę pracę, energię i wielkie serce należą się słowa wdzięczności i podziękowań. Tym bardziej, że są one szczerze podyktowane i płyną z niejednego wdzięcznego serca wszystkich tych, którzy uczęszczają dzisiaj do kaplicy w Sokolnikach Wielkich lub posyłają swe dzieci do tutejszego Urszulańskiego przedszkola. Dodatkowo mają one jeszcze większą wartość, ponieważ są złożone w piękną rocznicę, jaką przeżywa siostra Janina. W tym roku obchodzi, bowiem Jubileusz 50-lecia Złożenia Ślubów Zakonnych! Na dalszą drogę życia Szczęść Boże tobie Siostro Janino!

„Takimi ścieżkami i drogami prowadził mnie PAN!"

Wioska Lubocześnica, w której 30 XI 1938r. przyszłam na świat, położona jest blisko miasteczka Pniewy. Tu w kościele parafialnym św. Wawrzyńca² zostałam ochrzczona, a później, kiedy chodziłam już do szkoły często wstępowałam do niego na krótką modlitwę.

Ojciec mój, Roman był kolejarzem i z racji tego pracował w różnych miejscowościach. Mama Helena opiekowała się i wychowywała dzieci, a była nas spora gromadka, bo aż dziesięcioro. Ja byłam najmłodszą z całego rodzeństwa. Do szkoły podstawowej w klasach I do IV uczęszczałam w wiosce, a następnie od klasy V wzwyż uczyłam się już w Pniewach. Trzy kilometrową drogę do szkoły i kościoła przemierzałam codziennie,. Bywało że dwu krotnie, a nawet trzy razy w ciągu dnia maszerowałam tą polną drogą, zależnie od czasu zajęć szkolnych lub nabożeństw w kościele.

Po ukończeniu Szkoły Podstawowej podjęłam naukę w Liceum Ogólnokształcącego w Pniewach, które ukończyłam w 1956 r. zdobywając tym samym świadectwo dojrzałości. Nie należałam do wybitnie zdolnych, ale dzięki pilności i sumienności znajdowałam się zwykle w czołówce najlepszych uczniów. W tych latach starsze rodzeństwo było już usamodzielnione, zostałam w domu z Mamą i siostrą. W czasie wakacji chętnie odwiedzałam rodzeństwo. Jechałam wówczas do Piły, Zbąszynia, Boczowa, Ulimia k/Gorzowa i Obrzycka. Zawsze wyjeżdżałam z domu z wielkim wzruszeniem w sercu, a wracałam z ogromną radością, bo dobrze nam było razem. Miło wspominam nasze niedzielne świętowanie - nigdy bez Mszy św. Nasze wspólne śpiewy pieśni, kolęd, odmawianie różańca w październiku. Widziałam, jak Mama otwierała modlitewnik i w wolniejszych chwilach odmawiała swoje modlitwy, wymieniała tajemnice różańcowe. Czasem długie godziny spędzałyśmy przy piecu bowiem nie chciałyśmy jeszcze zapalać lampy naftowej. Wtenczas prawie do zmroku rozmawiałyśmy o rodzinie, o wydarzeniach w parafii i kościele. Później w początkach mego życia zakonnego bardzo mi tych rozmów brakowało i tęskniłam za nimi. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba już w VII klasie w czasie samotnych powrotów ze szkoły, wśród różnych myśli, marzeń, a czasem modlitw pojawiła się myśl, a raczej pragnienie wstąpienia do zakonu. Codziennie przechodziłam koło klasztoru i widziałam siostry przy pracy na polu, w ogrodzie, w szkole. Zachodziłam też do kaplicy, czasem na nabożeństwa majowe, gdzie pozostała mi w pamięci atmosfera rozmodlenia. Widać było siostry, że choć spracowane to były jednak szczęśliwe. Decyzja pozostania siostrą zakonną powoli we mnie dojrzewała. Musiało to być widoczne, skoro w II klasie LO koleżanka podeszła do mnie i powiedziała: „pewnie myślisz o klasztorze, bo ja też i jest jeszcze jedna w klasie, która też o tym myśli". W klimacie wspólnych rozmów, w atmosferze przyjaźni, a przede wszystkim w modlitwie (może właśnie na tej ścieżce to się zaczęło) dojrzewała moja decyzja życiowa. Nie wiedziałam wtedy, że mam zaplecze duchowe w osobie mojej Mamy, która modliła się do Pana prosząc go o tę łaskę. Nawiązałyśmy też kontakt z siostrą urszulanką i czasem odwiedzałyśmy ją, pragnąc porozmawiać, bowiem do matury trzeba było jeszcze trochę poczekać. Nadszedł rok 1956 - okres intensywnej nauki przed maturą, by zaraz po egzaminach zrealizować swe pragnienia i marzenia. Niestety, obie moje koleżanki napotkały trudności. Ja zostałam sama, by własną „ścieżką" przyjść do Pana. Czułam taką wewnętrzną moc - nie było we mnie chwili wahania, by opóźnić decyzję i czekać na koleżanki. To była Boża Moc. W umówiony z siostrami dzień w niedzielę 1 lipca razem z Mamą i siostrą szłyśmy tą samą ścieżką, którą jak dawniej z domu do szkoły chodziłam, ale teraz ze świadomością, że to ostatni raz. Siostry zakonne wówczas do domu nie wyjeżdżały prawie wcale. Chyba kilka razy zakręciła się łezka i z tą łzą w oku obejrzałam się za siebie by popatrzeć, czy widać jeszcze mój dom rodzinny.

Tego pamiętnego dla mnie dnia zostałam przez matkę generalną Franciszkę Popiel przyjęta do Zgromadzenia Sióstr Urszulanek SJK w Pniewach. Pragnę też dodać, że w trochę późniejszym terminie przyszły do klasztoru również te obie moje koleżanki, o których już wspominałam. Zaraz następnego dnia rozpoczęłam w Lipnicy jednomiesięczny kurs katechetyczny, a od września najpierw jako kandydatka, a później jako postulantka przez dwa lata katechizowałam w Łodzi.

Następnie otrzymałam szary habit i rozpoczęłam nowicjat, po którym złożyłam śluby czasowe -czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Po kolejnych trzech latach złożyłam śluby wieczyste - te na zawsze. Jestem świadoma wybrania Bożego na tę drogę dla Pana i codziennie za nią dziękuję Bogu i mojej Mamie. Na uroczystości zakonne można było zapraszać gości, a ja miałam zawsze największą ich ilość, choć byli to tylko moi najbliżsi.

Po Soborze Watykańskim II zmieniły się przepisy i wolno było siostrom odwiedzać rodzinę. Przy każdym spotkaniu i pobycie w domu czułam, że Mama w mojej obecności jest ogromnie szczęśliwa i na pewno była też wdzięczna Bogu za to wybranie przez Niego najmłodszej córki.

Po złożeniu pierwszych ślubów zostałam skierowana do Warszawy, aby uczęszczać do między zakonnej Szkoły Pielęgniarskiej, którą prowadziła szarytka, siostra Wanda Żurawska. Praktyki odbywałyśmy w szpitalach na tych oddziałach, których ordynator zgadzał się na przyjęcie sióstr zakonnych.

Po ukończeniu szkoły otrzymałam dyplom pielęgniarski, który był potrzebny do prowadzenia Domu Pomocy Społecznej dla dzieci w Sieradzu, dokąd pojechałam 6 XII 1961roku. Tu od stycznia 1962r., po zlikwidowaniu przez władze państwowe prowadzonej przez siostry bursy dla dziewcząt, otwarto Zakład Leczniczo - Wychowawczy „Caritas". Był on przeznaczony dla dzieci epileptycznych i z głębokim upośledzeniem umysłowym. Praca ta była trudna, wymagająca poświęcenia i ogromnej ofiarności, których to cech uczyłam się od starszych współsióstr w klauzurze. W tym czasie jeździłam również do Warszawy, by ukończyć tam studia z teologii na Akademii Teologii Katolickiej.

W Sieradzu pracowałam przez 23 lata, a moja „polna ścieżka" zamieniła się na kolejną wydeptywaną ścieżkę tym razem od łóżka do łóżka chorych dzieci. W wielu sytuacjach trzeba było wspierać radą i modlitwą rodziców, którzy odwiedzali swoje dzieci. Pięknym i niezapomnianym przeżyciem był również dla mnie w 1979 roku dzień I Komunii Świętej czwórki dzieci przykutych do wózków. Trzeba było widzieć ich radość i szczęście. Dzieci te chciały podzielić się tymi przeżyciami z Ojcem Świętym Janem Pawłem II. Dlatego został wysłany od nich list do Watykanu, na który przyszła odpowiedź z podziękowaniem i błogosławieństwem Ojca Świętego.

Po pozostawieniu części serca w Sieradzu, zostałam w 1984r. skierowana do pełnienia zupełnie innych czynności, a mianowicie do pracy wśród pielgrzymów na Jasnej Górze.

Praca ta wymagała ciągłej gotowości zarówno w dzień jak i w nocy. Przecież pielgrzymi przyjeżdżali i nadal docierają o różnych godzinach by odwiedzić swą Matkę. Cenię sobie bardzo te 6 lat bliskości Matki Bożej i pracy dla Niej.

W 1990 roku wyjechałam z Częstochowy do Sokolnik Wielkich, ponieważ tu mnie skierowano. Był to kiedyś jeden z folwarków wielkiego majątku ziemskiego zwanego: klucz Lipnica a zapisanego w 1924roku naszemu Zgromadzeniu przez hr. Konstancję Łącką. Dnia 15 III 1938 został tu w Sokolnikach otwarty dom zakonny do posługi wśród miejscowej ludności. Oprócz prac w gospodarstwie siostry rozpoczęły również pracę wychowawczą z dziećmi i młodzieżą. Prowadziły przedszkole dla dzieci, świetlicę, ambulatorium dla chorych oraz organizacje religijne przy kaplicy domowej. Z początkiem roku 1940 majątek został przejęty przez administrację niemiecką, a siostry pozostały, ale w charakterze pracownic fizycznych. Po wojnie siostry wznowiły pracę w przedszkolu (1945-1950). Prowadziły też świetlicę z dożywianiem. Po przejęciu przez Państwo dóbr lipnickich w 1950 r., siostrom pozostawiono dom mieszkalny, budynek gospodarczy i 5 ha ziemi uprawnej, a kilka sióstr pozostało pracownikami utworzonego PGR Sokolniki. Kaplica domu zakonnego stała się filią parafii w Kaźmierzu Wlkp. Siostry objęły katechizację w miejscowej szkole podstawowej, a po usunięciu religii ze szkoły w 1958 roku nauczały przy kaplicy domowej. W latach 1956 -1975 pomagały w pracy w Kaźmierskiej parafii. Opiekowały się też małymi dziećmi w ramach pomocy sąsiedzkiej. Z powodu bardzo złych warunków mieszkaniowych sióstr oraz zbyt małej kaplicy, która już nie mogła pomieścić uczęszczających doń ludzi w roku 1981 Zgromadzenie rozpoczęło czynić starania u władz lokalnych i wojewódzkich o zamianę gruntu i budowę domu dla sióstr poza obejściami gospodarczymi PGR. W październiku 1983 rozpoczęto nawet budowę pomieszczenia gospodarczego na nowej działce a także wszczęto starania o pozwolenie na budowę domu mieszkalnego. W maju 1986r. Gmina zatwierdziła projekt, jednak trudności w realizacji planu budowy i pogarszający się stan starego budynku zajmowanego przez siostry sprawiły, że władze Zgromadzenia zdecydowały się zlikwidować placówkę.

Mieszkańcy Sokolnik i okolicznych wsi ogromnie cenili sobie obecność sióstr, a przede wszystkim to, że korzystali z naszej kaplicy. Ksiądz kapelan mieszkał na miejscu i był dla ludzi w każdej chwili do dyspozycji. W niedziele prawie cały parter naszego domu stawał się miejscem modlitwy. Ludzie modlili się w kaplicy, w zakrystii, salce katechetycznej, na korytarzu, w naszym pokoju gościnnym, a nawet na schodach prowadzących na strych.

Kiedy w ostatnią niedzielę grudnia w 1990r. matka generalna Urszula Frankiewicz po Mszy św. powiadomiła zebranych o odejściu sióstr z Sokolnik Wielkich, zwrócono się z prośbą, by sióstr nie zabierać. W styczniu 1991r. powstał Społeczny Komitet Budowy Kaplicy. Odbyło się kilka spotkań, także z ks. Lucjanem Rondudą, proboszczem Kaźmierskim i w końcu podjęto decyzję o budowie domu i kaplicy na naszej działce. Mieszkańcy wiosek: Sokolniki Wielkie i Sokolniki Małe, Komorowa i Wierzchaczewa zobowiązali się do służenia pomocą przy budowie. Ze względu na załatwianie różnych spraw, konieczne stało się zdobycie prawa jazdy. Nigdy przedtem o tym nie marzyłam! Kurs nauki jazdy jednak ukończyłam i zaczęło się jeżdżenie „maluchem" nie tylko asfaltowymi drogami.

W międzyczasie zaczęły się nawarstwiać problemy z istniejącym przedszkolem prowadzonym przez gospodarzy PGR-u. Po likwidacji tegoż przedszkola, od września 1991r. dzieci gromadziły się w naszym domu. Dzięki życzliwości władz PGR-u w Sokolnikach Wielkich i Kaźmierzu przekazano nam bezpłatnie całe wyposażenie przedszkolne. W dniu 3 IX 1991r. ks. proboszcz Ronduda odprawił Mszę św. dla dzieci i ich rodziców oraz poświęcił pomieszczenia przedszkola.

Wracając do budowy nowego obiektu w Sokolnikach to jak wspomniałam utworzono Komitet Budowy. W jego skład weszło 15 osób i miał on pracować nad dokumentacją i zdobywaniem funduszy. Pierwsze wpłaty na konto dokonane były od osób należących do tegoż komitetu oraz ze zbiórki od mieszkańców. Pragnę zaznaczyć, że zaangażowanie ludzi było bardzo duże. Przychodzili oni chętnie do prac porządkowych, wykopów, rozładunków, służyli w dużym stopniu swoim transportem no i oczywiście czasem. Było także sporo wyjazdów do osób znajomych i nieznajomych, do różnych firm i przedsiębiorstw by prosić ich o finansową pomoc i wsparcie. Była nawet wizyta w „Belwederze". Kapelanem prezydenta był wówczas ks. prałat Franciszek Cybula. Za jego pośrednictwem prezydent Lech Wałęsa otrzymał naszą petycję o pomoc - i ona nadeszła. Dużą podporą finansową były także organizowane w różnych kościołach loterie fantowe. Przez kilka lat w okresie od wiosny do jesieni wyjeżdżałam razem z panią Teresą Kubiaczyk prawie w każdą niedzielę. Był to duży trud, ponieważ najpierw trzeba było zdobyć towar na fanty a z założenia, jakie przyjęłyśmy każdy los wygrywał. Potem wcześnie rano załadowanym samochodem jechałyśmy do umówionego kościoła tak by dotrzeć już na pierwszą Mszę św. Wszędzie potrzebny był mój osobisty głos podczas ogłoszeń parafialnych. Mówiłam wtedy o inicjatywie budowy podjętej przez ludzi i prosiłam o wzięcie udziału w loterii by w ten sposób wesprzeć to rozpoczęte dzieło. Przemawianie w kościołach wymagało odemnie dużej pokory i odwagi. Nieraz mój głos się załamywał, ale zawsze towarzyszyła mi myśl, że to nie dla mnie - to dla Pana! Czasem umacniała mnie myśl, że matka Urszula Ledóchowska pomagała przecież Polsce odczytami jeżdżąc po Skandynawii, a ja moimi wyjazdami pomagam budować Dom dla Pana, dom dla sióstr i przedszkole dla dzieci. Innym wątkiem było wsparcie, jakiego udzielono z zagranicy. Moja znajoma z Niemiec, pani Singer, nie mogła wystarać się o pomoc finansową, ale zdobyła dla nas całe wyposażenie kaplicy tj. tabernakulum, ołtarz, krzyż, konfesjonał, pulpit, krzesła oraz zorganizowała transport z Niemiec prosto do Sokolnik Wielkich. Zgromadzenie w miarę możności również pomagało finansowo, aby przyspieszyć prace budowy, gdyż przez ostatnie dwa lata siostry mieszkały w zastępczym domu.

Tak przy współpracy wielu, bardzo wielu ludzi, we wrześniu 1995r. odbyła się uroczystość poświęcenia domu i przedszkola przez ówczesnego ks. proboszcza Zdzisława Potrawiaka. Uroczystość odbyła się z udziałem matki generalnej Jolanty Olech, sióstr przełożonych, sióstr z okolicznych domów, władz Gminy Kaźmierz i pana wójta Wiesława Włodarczaka i innych zaproszonych gości w osobach sponsorów, darczyńców i budowniczych oraz mieszkańców okolicznych wiosek. Choć kaplica nie była jeszcze wykończona, to od pierwszej niedzieli Adwentu 1995 roku gromadziliśmy się wszyscy na wspólnej modlitwie już w jej murach. Był to również dla mnie osobiście moment bardzo wzruszający. Stopniowo z każdym miesiącem postępowały prace wykończeniowe kaplicy wewnątrz i w jej otoczeniu. Kiedy prace zostały ukończone uroczystego jej poświęcenia dokonał ks. Arcybiskup Metropolita Poznański Juliusz Paetz. Stało to się w dniu 21 czerwca 1997r.[...Niech Twoi wyznawcy, Panie, śpiewają z radości, kiedy wchodzą do Twojej świątyni...¹].

Mój pobyt w Sokolnikach przewidywany był tylko na rok, ale z niezmierzonych wyroków Opatrzności Bożej trwał aż 9 lat. W sierpniu 1999 r. chciałam niepostrzeżenie wyjechać na nową placówkę. Jednak w dniu wyjazdu okazało się, że ks. Lucjan Ronduda, który akurat zastępował naszego ksiedza kapelana, odprawił Mszę św. dziękczynną przy naprawdę licznym udziale ludzi.

Po słowach podziękowań i pożegnań wyjechałam do Otorowa dziękując Bogu za dar pracy, jakim mnie obdarzył.

s. Janina Maćkowiak, Urszulanka SJK

¹ fragment z modlitwy brewiarzowej

² Kościół św. Wawrzyńca powstał z mocy fundacji sprzed 1405 roku. Uległ zniszczeniu podczas wielkich pożarów w latach 1635 i 1772 jakie nawiedziło Pniewy. Po ostatniej pożodze na miejscu dawnej drewnianej konstrukcji wzniesiono nową, murowaną świątynię. Najstarszą częścią tego zabytkowego obiektu jest kruchta dobudowana do pierwotnej późnogotyckiej świątyni (wybudowana na przełomie XVI i XVII wieku). Z dawnego wystroju pozostała jedynie późno gotycka chrzcielnica z końca XV znajdująca się w kruchcie oraz wyposażenie kościelne w przeważającej mierze pochodzące z okresu zwanym w sztuce rokoko. Prawdopodobnie po drugiej przebudowie kościoła, czyli po 1772 roku w ołtarzu umieszczono obraz dużych rozmiarów przedstawiający męczeństwo św. Wawrzyńca. W prezbiterium znajduje się również drugi ołtarz ze zdobiącymi go rzeźbami aniołów i św. Janem Nepomucenem.

Fotografie pochodzą ze zbiorów naszej bohaterki i członków jej rodziny oraz z domowych archiwów mieszkańców Sokolnik Wielkich. Za wszystkie bardzo serdecznie dziękujemy!

Copyright © 2018, Parafia pw. Narodzenia NMP w Kaźmierzu. All Rights Reserved.